Czego potrzebują młodzi ludzie? - rozmowa z psychologiem dzieci i młodzieży

 

Rozmawiamy z psychologiem dzieci i młodzieży, Sylwią Bokuniewicz.

Pytamy o osobistą perspektywę, jako osoby, która jest obca dla tych dzieci, a jednocześnie staje się bliska. Pozwala dzieciom się otworzyć, wysłucha i kiedy poczują się bezpiecznie, puści w świat.
Słucha i martwi się, widząc, jak problematyczny jest obecny stan psychiczny nastolatków.
Która nie może się nadziwić za każdym razem, gdy przychodzą rodzice, i żądają, aby naprawiła im dziecko, a tak naprawdę to oni potrzebują naprawić siebie.

Pytamy - czego potrzebują nastolatki?




FUNDACJA DAJMY SZANSĘ: Pracujesz z młodzieżą. W naszej fundacji już prawie 4 lata. Można powiedzieć, że Twoje życie zawodowe koncentruje się na działaniach dla młodych ludzi. Co o tym zdecydowało? 

SYLWIA BOKUNIEWICZ: Sama jestem młoda (a przynajmniej tak się czuję!), a praca z młodymi ludźmi sprawia, że nie dorastam – to oczywiście półżartem. Choć prawdą jest to, że od młodych ludzi można się wiele nauczyć, jeśli nastawmy się współpracę, nie tylko pouczanie i egzekwowanie obowiązków.
W prywatnym życiu, w pracy z dorosłymi, funkcjonuję normalnie, jako dorosły człowiek. Ale w pracy z dzieciakami i młodzieżą mogę nadal zatrzymać też trochę mojej młodości, a raczej wspomnień. Gdy młodzi ludzie rozmawiają, to lubię ich słuchać, bo też taka byłam i to był fajny czas, dobrze go wspominam. Nastolatkowie mają w sobie wulkan energii i mnóstwo (nie zawsze mądrych) pomysłów,  uwielbiam z nimi spędzać czas i tym samym po prostu ładować swoje akumulatory. A to, że pozwalają mi wejść (na pewno tylko do części) ich świata sprawia, że mogę z nimi być i ich wspierać. Sama dobrze pamiętam jak było, gdy byłam dzieckiem i potem nastolatką. I wiem, że dobrze mieć dorosłego, któremu ufamy i wiemy, że przy nas będzie choćby nie wiem co, że nie zawiedzie, że wysłucha, doradzi, ale nie będzie wymagał i wskazywał błędy. To bardzo cenne, by mieć taką osobę. A prawda jest taka, że młodzi nie zawsze mają takie osoby. 


F.DSZ: Jak udaje Ci się rozmawiać z młodzieżą o emocjach i trudnych dla nich sprawach?

SB: To się samo dzieje. Nie zakładam scenariuszy. Myślę, że jak jesteś w tym co robisz autentyczny i naprawdę zależy Ci na dzieciach i ich dobru, to jak w Kubusiu Puchatku:
- "A jeśli pewnego dnia będę musiał odejść, to co wtedy?"
- "Nic wielkiego. Posiedzę tu sobie i na ciebie poczekam".
I u nas jest tak samo – my tu jesteśmy i dzieciaki mogą, ale nie muszą z nami rozmawiać na trudne tematy. Bywa tak, że zaczynają temat i nagle się wycofują. Wiedzą, że mogą przyjść i powiedzieć: "Pani Sylwio, jest przypał, w straszne bagno wlazłem", to ja mu odpowiem, "No dobra, no i co teraz? Potrzebujesz o tym porozmawiać?". Jeśli nie, szanuję decyzję dziecka. Gdy zechce porozmawiać, to rozmowa jest naszym sekretem, chyba że dziecko samo zgodzi się na omówienie tej sprawy z innymi. Tu jest pełna elastyczność. Bardzo szanuję granice dzieci, pozwalam im być sobą. Często kontaktujemy się poza godzinami pracy. Szczególnie w okresie pandemii dzieciaki potrzebowały bardzo kontaktu, działy się różne nieprzyjemne sytuacje.
Myślę, że właśnie taka swoboda, jaką dajemy w przeżywaniu swoich emocji, w rozwiązywaniu konfliktów itd. sprawia, że dzieci nam pozwalają być ze sobą, a nie obok siebie. Wiadomo, trzeba też trzymać się reguł i ustalonych zasad współpracy, ale ogółem, to w moim przekonaniu, mamy przyjacielskie relacje.


F.DSZ:  Jakie problemy pojawiły się w pandemii, czy dorośli mogli pogłębić kryzysowe sytuacje młodych?

SB: Przede wszystkim pandemia wymusiła powiększenie ilości czasu spędzanego z rodziną. Często na przestrzeni, która wystarczała w "normalnych" warunkach, ale która była zbyt mała, gdy w mieszkaniu przebywa więcej osób – na pracy zdalnej, na nauce zdalnej. Wszyscy kłębili się razem. Rodzina stłoczona w domu, siłą niemalże. Bez możliwości wychodzenia na boisko, treningi, na spacery, do kolegów, czy wreszcie do szkoły czy pracy.
Prawda jest taka, że Internet, który za wszelką cenę ograniczaliśmy naszym dzieciom, stał się podstawowym narzędziem do kontaktów z innymi ludźmi. Dzieciaki weszły w ten świat bardzo mocno. Jak gdyby wcześniej w nim mocno nie były... ale teraz było na to pozwolenie, a nawet przymus.

I co teraz? Czy "normalność" wróciła?  Lęki przed szkołą, przed innymi ludźmi, przed dużymi przestrzeniami, przez grupą, chandra, czy już nawet kliniczna depresja, myśli samobójcze, samookaleczenia – są na porządku dziennym psychologa i pedagoga pracującego z dziećmi. I jeszcze rozwody, separacje. Bo podczas pandemii zbyt duża ilość czasu spędzanego ze współmałżonkiem sprawiła, że rodzice podjęli decyzję, że wolą być samotnymi rodzicami. A dzieci najczęściej powodów rozstania rodziców poszukują w sobie. Nawet jeśli nie temu racjonalnego powodu, ciężko wytłumaczyć to nastolatkowi. Dzieci mają wewnętrzne i bardzo silne przekonania typu "gdybym nie zrobił tego i tego, to rodzicie byliby razem". Widząc cierpienie tego dziecka, które obwinia siebie za decyzje dorosłych, mam ochotę je po prostu przytulić i powiedzieć, że wszystko będzie dobrze. Choć wiem, że nie będzie… To są trudne tematy, ale mam je na co dzień. Nigdy wcześniej nie było takiej skali problemów dzieci i nastolatków. Drżę na samą myśl o kolejnym lockdownie, bo miesiąc "zamknięcia" to miesiące pracy terapeutycznej. A tych miesięcy już było kilka, to proszę sobie policzyć o jakich długofalowych skutkach mówię.


F.DSZ:  Jakie Twoim zdaniem, są aktualne potrzeby nastolatków, z którymi pracujesz?

SB: Najczęściej zwyczajnie chcą być wysłuchane. Tylko tyle i aż tyle. Bez zadawania pytań, bez komentowania, ocen i krytyki. 
Zdarza mi się pracować z rodzicami. Nie ma egzaminu na bycie rodzicem. Może i dobrze, bo gdyby je nagle wprowadzono, to domy dziecka nie dałyby rady, a opieka społeczna zapadłaby się pod własnym ciężarem. To poważny temat. Dzieciaki mają do powiedzenia różne rzeczy, bardziej i mniej mądre. I wystarczy im uważne wysłuchanie, z aktywnym zainteresowaniem. A prawda jest taka, że nie zawsze jest na to czas i ochota. Bo jesteśmy ludźmi, bo mamy mnóstwo obowiązków. Rodzice na hasło, że fajnie by było, żeby spędzali ze swoimi dziećmi więcej czasu, odpowiadają mi oburzeni
- "Przecież gram z nim w gry. Znaczy on gra, i mówi do mnie, a ja zmywam w tym czasie naczynia, prasuję itd.". A to nie jest spędzenie wspólnie czasu. Z dziećmi liczy się jakość, a nie ilość. Takie granie, jak w podanym przykładzie, przez godzinę jest mniej warte niż 5 minut spędzone z dzieckiem jeden na jeden i szczere zapytanie "Co w szkole się dziś wydarzyło?", "Jak tam z koleżanką, z którą się pokłóciłeś dwa dni temu?". Wiemy, że w szkole jak zwykle, a koleżanka jest już najlepszą kompanką, ale dziecko ma poczucie, że pamiętamy, interesujemy się, jesteśmy ciekawi jego przeżyć. 
5 minut jeden na jeden, znaczy dużo więcej niż godzina przy okazji prac domowych.

Dodam, że dziecko mimo wiadomych ograniczeń, też jest osobą mającą swoje prawa, które należy respektować. To, że przykładowo w naszym przekonaniu dżinsy z dziurami są brzydkie, tiulowa spódniczka nie nadaje się do placówki, samodzielna jazda na rolkach na pewno skończy się wypadkiem, a w MPK czekają same zbiry, sprawiają, że pozbywamy dziecko jego autonomii i prawa o decydowaniu o sobie. Odpuszczajmy w drobnych sprawach, które nie są krzywdzące dla nikogo. Bo po latach będziemy zachodzić w głowę, dlaczego moje dziecko nadal nie wie co chce robić w życiu, na jakie studia iść, co zdawać na maturze?". Nie wie dlatego, że czeka, aż wy, rodzice, powiecie co powinni robić, bo to jest "właściwe dla niego i bezpieczne". I oni będą podejmować niesamodzielne decyzje dla Was, aby zdobyć Wasze uznanie, a potem uznanie innych osób. A czasem wystarczy pozwolić na tą tiulową spódniczkę ;)


F.DSZ:  Co chciałabyś poradzić rodzicom, którzy nie mają dobrych relacji ze swoimi dziećmi?

SB: Rodzicu zastanów się przede wszystkim, po co ci dobre relacje z Twoim dzieckiem? Jeśli już mają jakiś cel, to zastanów się jak możesz je osiągnąć? Czego to będzie wymagało od Ciebie, czego od dziecka i innych członków rodziny? Dlaczego wydaje ci się to trudne? I jesteś na to poświęcenie gotowy? 

A na dalsze pytania i rozterki zapraszam do gabinetu. Uprzedzam, że na moje pytania nie musicie odpowiadać. Bo u mnie nic nie trzeba – autonomia i poszanowanie człowieka i jego granic.


F.DSZ: Uważasz, że młodzi ludzie, mieszkańcy dużego miasta - Wrocławia, którzy mają pod górkę z różnych przyczyn, mogą liczyć na wsparcie miasta?

SB: Oczywiście, że tak! Znam mnóstwo ludzi z branży, którzy pracują w podobnych miejscach do tych, w których ja pracuję. Słowem wspierają dzieci i młodzież pracując w NGO (Fundacje, Stowarzyszenia, ruchy religijne) na rzecz dzieci. Ta pomoc i wsparcie są bezpłatne. Finansuje je miasto, a więc – tak, są takie miejsca. Inna sprawa, że nie wszyscy potrzebujący wiedzą o ich istnieniu. My nie narzekamy na brak zainteresowania dzieciaków, ale zdarza się, że informuję różne osoby, które potrzebują wsparcia o formach pomocy, bo oni nie wiedzą, że można bezpłatnie uzyskać pomoc w NGO. 


Sylwia Bokuniewicz - psycholog i pedagog, doktorantka w instytucie Pedagogiki UWr, terapeutka dzieci i młodzieży, kuratorka społeczna ds. rodzinnych i nieletnich, słuchaczka w Szkole Psychoterapii Poznawczo-Behawioralnej Uniwersytetu SWPS pod kierownictwem Agnieszki Popiel i Ewy Pragłowskiej. Długoletni wychowawca w placówce opiekuńczo-wychowawczej.

Na co dzień pracuje jako psycholog szkolny oraz udziela się w Ośrodku Kuratorskim. W fundacji Dajmy Szansę jest psychologiem dzieci i młodzieży oraz edukatorką w Klubowym Centrum Aktywności Dzieci i Młodzieży "E-świ@t".

Przyjmuje nieodpłatnie w ramach Poradni Rodzinnej w fundacji Dajmy Szansę przy ul.Piłsudskiego 95 we Wrocławiu (dla mieszkańców Wrocławia - działanie współfinansowane przez Gminę Wrocław).

Zapraszamy do bezpośredniego kontaktu: BLISKO LUDZI - PSYCHOLOG
e-mail: blisko.ludzi.psycholog@gmail.com

Komercyjnie można umawiać się w Centrum Sensum ul. Bujwida 51.











Komentarze